sobota, 20 lipca 2013

Pies testem młodej pary

Już od jakiegoś czasu zaczęło się dziać tak, że pies został wprasowany w wizerunek Polskiej rodziny, czy też co gorsza początkującej rodziny. Młodzi ludzie często decydują się na zakup psa by mieć nie tylko towarzysza,ale także by sprawdzić swoje umiejętności w opiece nad żywą istotą. Czytając Marley I Ja można znaleźć na samym początku wątek kiedy to autor opisuje jak to przed podjęciem decyzji o zostaniu rodzicami postanawiają z żoną najpierw kupić psa by sprawdzić czy się będą potrafili dogadać względem wychowania

i wielu ważnych spraw. Przyszła pora na psa bo roślinki już przerobili ... I ten syndrom dociera też do nas. Jakby się rozejrzeć to co raz częściej młode małżeństwa kupują właśnie sobie czworonoga, którym opiekują się jak dzieckiem. Tym samym nierzadko wciąż podkreślając jaki to "synuś" czy "córusia" są najważniejsi w życiu i oni "rodzice" uczynią dla niego wszystko co trzeba. Myślę, że każdy z nas zna przynajmniej jedną parę, która ma swoje czworonożne dziecko i tak też psa traktuje. Jak to zwykle bywa żadna skrajność dobra nie jest i często obustronnie kończy się źle. Osobiście jestem zdecydowanym zwolennikiem rozsądnego kochania zwierząt i traktowania ich tak jak dany gatunek tego wymaga. I tak też pies jest psem, nawet jeżeli jest naszą bratnią duszą to nie wolno nam zapomnieć, że przede wszystkim jest udomowionym potomkiem wilka! Cieszę się kiedy co raz więcej ludzi znajduje zalety w obcowaniu z psami, ale serce mi pęka kiedy odbieramy im ich psią naturę i każemy być ludźmi. Takich sytuacji jest całe mnóstwo. Począwszy od traktowania psa jak człowieka, a skończywszy na zaniechaniu miłości do psa na rzecz wyższych celów.
Jak to zwykle bywa w życiu przychodzą różne zmiany, częstokroć mocno wywracając je do góry nogami. Prędzej lub później w życiu młodych par pojawiają się dzieci tym samym często następuje niemały chaos. Rzecz jasna oczy młodych rodziców skierowane są przede wszystkim na ukochane dziecko i nie byłoby nic dziwnego w tym, że bardziej zwracają uwagę na dziecko aniżeli na psa, gdyby nie fakt że w wielu sytuacjach "przestają" kompletnie kochać psa ... Oj niestety nazbyt często "synusie i córusie" po narodzinach dzieci zupełnie odsuwają od siebie czworonogi tym samym mnożąc powodów swego zachowania. Motywów takiego działania jest całe mnóstwo, które nierzadko ciężko zrozumieć.
Mnie jako człowiekowi w zupełności oddanemu czworonogom ciężko zrozumieć sytuację w której nagle Młoda Para postanawia pozbyć się czworonoga rzekomo pod pozorem stwarzania zagrożenia dla dziecka ... A takich historii jest całe mnóstwo. Przeglądając fora internetowe i ogłoszenia łatwo trafić na tragedie czworonogów do adopcji bo "dziecko ma alergię", "bo pies brudzi","bo pies jest rezerwuarem pasożytów, bakterii i wirusów", "bo pies jest chory i może zarazić dziecko". To tylko część z długiej listy często powtarzanych argumentów. Oczywiście troska rodziców jest zrozumiała, niemniej jednak bywa że Młodzi Ludzie kompletnie zatracają zdrowy rozsądek z rzekomej troski postanawiają pozbyć się problemu począwszy od deklaracji o adopcji, a skończywszy na eutanazji. W rzeczywistości obcowanie dziecka z psem jest najlepszą inwestycją w przyszłość dziecka. Przyszłość zarówno emocjonalną jak i przyszłość związaną ze zdrowiem dziecka. Więcej pożytku z przebywania ze zwierzętami aniżeli z życia w sterylnych warunkach. W prawdzie dziecku nei wiele grozi ze strony psa pod warunkiem, iż dorośli będą czuwać począwszy od higieny, a skończywszy na dbaniu o dziecka i psa relacje.
Psiarze walczą z tym problemem od dawna, ale to jak walka z wiatrakami.
Miłość do zwierząt jest trudnym wyzwaniem dla nas ludzi. Często wymaga od nas wielu poświęceń, nakładów czasu i finansów. Zwierzęta tak jak każda inna żywa istota ma prawo zachorować i prawo żyć. Podczas kiedy my ludzie nie mamy żadnych praw do manipulowania nimi i skazywania ich potem na taki los jak często się zdarza. Nas - miłośników zwierząt takie sytuacje bolą okrutnie. Jednakże by prawdziwie kochać zwierzęta i być dla nich bratnią duszą trzeba się urodzić z tą empatią i uczuciami, nie da się tego nauczyć ani nabyć z wiekiem. Można nauczyć się je lubić i tolerować, ale nie da się wyuczyć być towarzyszem zwierząt.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Zwierzę vs człowiek ...

Każdy z nas jest inny, tak jak i każdy pies jest inny. O tak znów pies bo to pies jest tutaj w roli głównej. Jak mniemam zdecydowana większość czytelników Spojrzenia Psa zalicza się do raczej większego grona fascynatów psiej natur, a co za tym idzie jak sądzę zgodzicie sie z tym co zamierzam tutaj napisać. A mianowicie po raz kolejny chcę powiedzieć, że obcowanie ze zwierzętami, naturą wzbogaca naszą emocjonalną część. Być może wielu będzie zdziwionych tymże stwierdzeniem, niemniej jednak będę się upierać przy tym, iż relacje ze zwierzętami częstokroć przynoszą nam więcej niż relacje z ludźmi. Z pewnością jest to zdecydowanie inny rodzaj emocji, tymczasem niezwykle istotny. Pewno ciężko to będzie zrozumieć tym co namacalnei tego nie przeżyli.
Od jakiegoś czasu śledzę książki różnych zaklinaczy, ot teraz jest moda na historie zaklinaczy różnych gatunków zwierząt. Jednak przyglądając się poczynaniom danego magika trzeba się przyjrzeć czy ma ona głębię i czy coś za sobą niesie. Swego czasu kręg psiarzy obiegł Zaklinacz Psów i rady Cesara Millana, które wielu ludzi zaczęło stosować. Czy przyniosło to coś dobrego ? niech wypowiedzą się Ci co mieli z nimi do czynienia. Nie o tym chcę.
Jednym tchem przeczytałam Żyjącego z Wilkami, a teraz czytam z wypiekami na twarzy Zaklinacza lwów. Wydawać by się mogło, że kolejna komercyjna historia. Otóż można się pomylić. Zarówno Shaun jak i Kevin swoje książki nei opierają o rady jak ujarzmić zwierzę choć doskonale sobie z tym radzą, a raczej za pomocą narzędzi jakimi w tym przypadku są zwierzęta udało się im poukładać drogę w życiu i relacje także międzyludzkie. Często, a raczej na ogół nami ludźmi kierują zasady, konwenanse i ciągłe przemyślenia co wolno, czego nie wolno, czy możemy być naturalni czy musimy się ograniczać. Tak na prawdę dla nas to ciągła ruletka i analityka wręcz. Podczas gdy praca ze zwierzętami bazuje główne na naturalności i obserwacji. Zwierzęta są szczere, dla nich coś jest albo białe albo czarne. Dla nich nie ma półśrodków. Ich zachowanie zawsze odzwierciedla ich stan ducha i nigdy, przenigdy nie udają. To co widzimy zawsze jest naturalne, dzięki czemu obcując ze zwierzętami możemy być pewni iż są prawdziwe w swym działaniu. Ludzie mający okazję pracować ze zwierzętami po wielu latach rozumieją je bez słów, wystarczy jedno spojrzenie i wiedzą co dalej się wydarzy. Mowa ciała zwierząt jest całkowiicie skorelowana z ich emocjami. TO co czują to okazują, dzięki czemu jeżeli poświęcimy trochę czasu na poznanie ich zachowania potrafimy je zrozumieć. A jak jest z nami? Ludzie często nie tylko tłumią swoje emocje, ale bywa i tak ze są zmuszani do okiełznania tego co czują i myślą na prawdę. Co w istocie sprawia, że życie wśród ludzi  zmusza nas do ciągłej czujności, analizy zachowań i samoograniczania siebie.
Zwierzęta uczą nas naturalności i prawdy, dzięki czemu praca z nimi pozwala nam lepiej odkryć siebie i nauczyć się życia.


niedziela, 7 lipca 2013

Pierwsza pomoc zwierzętom

Wczoraj wiele kanałów informacyjnych obiegła wiadomość o bohaterskim czynie Strażaka w Stanach Zjednoczonych. Otóż Ów funkcjonariusz wyprowadziwszy domowników dokonał jeszcze analizy pomieszczeń by upewnić się czy wszyscy zostali ocaleni. Podczas tych oględzin znalazł na podłodze nieprzytomne kociątko. Nie wiele zastanawiając się wziął je na ręce i wyniósł z budynku. Podczas gdy pozostali Strażacy zajmowali się ludźmi, on odszedł na bok i zajął się zwierzęciem. Mimo tego, iż zwierzę nie wykazywało oznak życia podjął próbę jego ratowania. Akcja reanimacyjna prowizoryczna trwała 15 minut. Dlaczego prowizoryczna? Otóż jak przyznał nie wiedział co ma uczynić i działał intuicyjnie. Rozpoczął od polania kociątka wodą, przez masaż klatki piersiowej po podaż tlenu. I tym oto sposobem udało mu się uratować kocie życie, choć przyznaje że koledzy zerkali na niego ze zdziwieniem. Zarówno w naszym prawie, jak i w każdym innym nie ma wzmianki o obowiązku ratowania zwierząt tak też funkcjonariusze pracujący w służbie ratowania ludzkiego życia nie mają obowiązku znać podstaw reanimacji zwierząt. Na szczęście świadomość społeczna zaczyna się zmieniać i dzięki temu zaczynamy zauważać , iż to kwestia istotna. Zapewne wiele czasu jeszcze upłynie nim Służby Ratownicze na poważnie zajmą się opanowaniem sztuki pierwszej pomocy zwierzętom, jednakże co raz więcej właścicieli głównie psiarzy zaczyna zwracać na ten problem uwagę. W ostatnim czasie co raz częściej organizuje się psie spotkania, wielkie zloty rasowe  oraz różnego rodzaju eventy, a co za tym idzie pojawiła się potrzeba umiejętności działania w kryzysowej sytuacji. Podczas psich spotkań może się wydarzyć wiele sytuacji zagrażających życiu i tak zapewne wielu z nas czytając fora internetowe natknęło się na mrożące historie tragicznych wypadków i rozpacz z bezsilności.   Zdarzają się wypadki, którym w żaden sposób zapobiec nie potrafimy ani ich przewidzieć. Tak też dobrze jest być przygotowanym na ewentualność działania. Wychodząc na przeciw potrzebom psiarzy lekarze weterynarii oraz szkoleniowcy,behawioryści zaczęli organizować kursy pierwszej pomocy dla zwierząt. Jest w nich wiele wspólnych elementów z pomocą ludziom, ale są też różnice wynikające z fizjologii zwierząt. Warto jest szukać informacji i brać udział w takich kursach gdyż nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć i kiedy będziemy zmuszeni do działania....

Zapraszam do zajrzenia na krótki instruktaż ...
Pierwsza pomoc u naszych pupili( Fantom psi prezentuje)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Beskidzka Wystawa Psów Rasowych

Za nami kolejna wystawowa niedziela. Choć przedsięwzięcie jakim jest konkurs psich piękności ma wiele przeciwników ja jakoś z sentymentem biorę w nich udział. I to nie dla sukcesów czy medali bo do tego nam daleko .... Niemniej jednak mimo wszystko kojarzą mi się z dzieciństwem i wielkim przeżyciem jako"bagażowy" .... Dorastając wtapiałam się w ten świat i tak kupując psa z rodowodem wiedziałam, że będziemy brać w nich udział o ile suczka będzie to znosiła bez problemu. Ku mojej radości chocolata czuje się na wystawie jak ryba w wodzie to też korzystamy :) Nie ważna jest dla nas cała ta otoczka i medale czy puchary. Kocham w wystawach możliwość przyjrzenia się różnym rasom, których na ogół na ulicach nie widać. Kocham możliwość spędzenia czasu ze znajomymi, których widujemy tylko właśnie na wystawach i kocham po prostu bycie w towarzystwie tak wielu psów. Natomiast nie znoszę niegodnego traktowania psów, bicia ich i agresywnego traktowania z powodu braku wygranej ....

Swoją drogą wystawy to doskonały moment na przyjrzenie się hodowlom, hodowcom i psom. W ciągu dnia doskonale widać, które psy są wychowywane w dobrej atmosferze, a które żyją w klatkach i nie wiele mają kontaktu z człowiekiem .... Można swoje opinie wypracować na przyszłość by wybrać sobie psa...










sobota, 29 czerwca 2013

Pies, którego chciałoby się wysłać na księżyc czyli życie z labradorem

Zważywszy na fakt iż labrador jest głównym motywem przewodnim bloga, a treści pojawiające się na nim w zdecydowanej przewadze traktują właśnie o tymże retrieverze tym razem wcale nie będzie inaczej.
Czasem szukając natchnienia zaglądam w najczęściej wyszukiwane frazy bo to pozwala mi zobaczyć mniej więcej czego czytelnicy oczekują, czego szukają. I z tego co widzę zapytań krążących po temacie labrador retriever jest całe mnóstwo. Od dorastania przez wychowanie po żywienie i problemy zdrowotne. Wbrew t

emu co media kreują labrador retriever nie jest rasą łatwą pod żadnym względem. Bo tak wychowanie - ciężko, charakter- temperamentny, zapotrzebowanie na aktywność fizyczną i psychiczną - niekończące się, wymagania żywieniowe - wysokie, opieka lekarsko-weterynaryjna często niekończąca się. To tak w ogromnym telegraficznym skrócie. Nie będę się rozwodzić nad wszystkimi szczegółami gdyż były one wielokrotnie tutaj poruszane jako, że labrador to epicentrum mojego świata. Co zresztą wyszło kompletnie przypadkowo .... Przede wszystkim chcę podkreślić, że moment "dorośnięcia" labradora jest prawie niemożliwy. A właśnie takie zapytania pojawiają się najczęściej. Domyślam się nawet z jakiego powodu się pojawiają. Jak mniemam zdecydowana większość posiadaczy labradora zdecydowała się na niego z powodu kultu idealnego grzecznego towarzysza rodziny "psa dla dzieci" ... a tymczasem posiadają w domu chaotyczny tajfun, który ciężko im ogarnąć. Czyż nie? Ciekawa jestem ilu właścicieli labrador retrievera potrafi zaprzeczyć tym stwierdzeniom ... Labki kochają życie tak długo jak zdrowie im dopisuje i jak długo czas pozwala ... One nie poważnieją i nie dojrzewają do takiego momentu by mówić o tym, że jest to stonowany i spokojny pies. Labradory żyją pełnią życia i korzystają z pięknego powiedzenia jakim jest Carpe Diem. Obserwując życie u boku labradora mogę powiedzieć, że starają się każdą chwilę wykorzystać w pełni ile sił w łapach i serduchu. Należy przyznać iż jest to coś pięknego, jednakże dla osoby nieprzygotowanej na tę miłość życia jest to ogromnie ciężki czas. Aby być szczęśliwym u boku labradora i powiedzieć, że jest to prawdziwy towarzysz trzeba spełnić wiele elementów na drodze wychowania i poznawania świata. Jeżeli w socjalizację, wychowanie i naukę świata włożymy sporo pracy to zainwestujemy czas w przyszłość i przyjaźń z psem. Najbardziej intensywne są pierwsze około dwa lata, niemniej z psem pracujemy całe życie.  W naszym przypadku taką fajną relację uzyskałyśmy dopiero w wieku około czwartego roku życia chocolaty. Dziś jest psem idealnym, z którym rozumiemy się bez słów, a spacer jest prawdziwym odpoczynkiem i czasem dla nas, dla kontemplacji natury i relaksu. Jednakże kiedyś tak nie było... Było ciężko i to wcale nierzadko ...

Labradory są wymagające nie tylko pod względem wychowania ale także opieki, codziennych spraw. Jakimi jest żywienie i opieka lekarsko-weterynaryjna. Wydawać by się mogło, że jako pies myśliwski powinien być to pies odporny i wytrzymały. Niestety na drodze ewolucji i hodowli labradory stały się psami wątłymi i bardzo wrażliwymi. Zdecydowana większość z nich ma problemy z alergiami ( pokarmowymi i wziewnymi) wymagają specjalnego żywienia i nierzadko suplementacji. Nie wspominając o tym, iż bardzo często oprócz miski z jedzeniem towarzyszy im miseczka dodatków, leków itd. Otwierając książkę traktującą o chorobach rasowych labradorom przygotowano dość pokaźną listę. Co prawda do dziś nie wszystkie schorzenia pojawiają się u labradorów w Polsce, jednakże  z czasem zaczynają się co raz bardziej traumatyczne choroby.
Bardzo często przygotowując się do żywienia labradora trzeba raczej nastawić się iż nie będzie to standardowa karma gdzie podstawowym źródłem białka jest drób. Gdyż dziś bardzo często mamy okazję obserwować nietolerancję białka drobiowego. Raczej powinniśmy skłaniać się ku źródłom białka mniej standardowym. Jeszcze dość dobrze tolerują ryby, ale zważywszy na fakt iż co raz częściej karmimy rybami z czasem może okazać się, że też bęzdzie z nimi problem. Karmy oparte o ryby są dość dobrym wyborem, ze względu na dużą zawartość nienasyconych kwasów tłuszczowych co sprzyja problemom dermatologicznym labradorów. Choć nie tylko problemom. NNKT pozwala łatwiej przejść przez okres linienia który u labradora trwa niemalże cały rok przy czym dwa razy w roku mamy bardziej wzmożone linienie.

Pojawiły się jeszcze zapytania o to ile żyje labrador? To trudne pytanie, mamy w Polsce niemało psów kilkunastoletnich. Jednakże jest to kwestia osobnicza, a na długość życia wpływa wiele czynników. Od cech genetycznych przez utrzymanie i obecność chorób towarzyszących.

Labradory są najcudowniejszymi psami  pod słońcem pod warunkiem, iż przeżyjemy okres w którym najpierw są najgorszymi psami na świecie i mamy ochotę wysłać je na księżyc



niedziela, 16 czerwca 2013

Stereotyp oraz mity nękające zwierzęta

Tak już jest, że przez lata wokół tematów psich narosło wiele krzywdzących mitów, które do dziś ciężko jest przetłumaczyć. Od dawna tematy dotyczące psiego rozrodu wśród właścicieli zwierząt oraz ich wielkich miłośników nastręczają sporo niedomówień, dyskusji i kontrowersji. Chodzi mi szczególnie o sterylizacje psów niehodowlanych czyli nazwijmy naszych towarzyszy domowych. Otóż sterylizacja jest w moim odczuciu krokiem niezbędnym jeżeli pragniemy dla naszego psa tego co najlepsze. O ile u psa - samca nie jest to tak istotne jak u suczki także warto się nad tym głębiej zastanowić. Niemniej jednak dość często można się spotkać z dużym obruszeniem na wspomnienie o zabiegu operacyjnym. Nie wiedzieć czemu wielu właścicieli panicznie się tego boi i staje okoniem na samą sugestię. Broniąc się przytacza się argumenty o skłonnościach do tycia, o osowiałości, o zmianie charakteru czy też o powikłaniach pooperacyjnych. Fakt faktem jest to poważny zabieg wiążący się z otwarciem jamy brzusznej i usunięciu narządów rodnych, jednakże dziś jest to zabieg powszechny i standardowy. Wykonywany w większości Gabinetów Lekarskich każdego dnia po kilka. Pierwsze dni po zabiegu dla właściciela są zwykle trudne, ale nie ze względu na traumatyczny powrót do zdrowia suczki czy też jej cierpienie. A raczej ze względu na fakt , iż sunia praktycznie w drugiej dobie funkcjonuje normalnie, chce żyć jak zwykle, bawić się i uczestniczyć w życiu codziennym. Podczas gdy przez pierwsze 10 dni po zabiegu należy bezwzględnie strzec suczkę przed wszelkimi szaleństwami, co zwykle bywa uciążliwe. Suczki bardzo szybko się regenerują po takich zabiegach i w zasadzie na drugą, trzecią dobę nie widać w ich zachowaniu śladu po zabiegu operacyjnym.
W związku z tym, iż sterylizacja niesie za sobą zmianę metabolizmu istnieje ryzyko iż suczka będzie miała tendencje do tycia. Niemniej jednak jeżeli jesteśmy świadomymi posiadaczami czworonogów nie powinno się to skończyć otyłością psa. Gdyż to my otwieramy lodówkę, sypiemy jedzenie do miski i panujemy nad aktywnością fizyczną czworonoga. Jeżeli sprawia nam przyjemność karmienia psa do woli, a zamiast spaceru siadamy na kanapie to nie ma co się dziwić, iż "sterylizacja sprawiła" że nasz pies jest otyły i osowiały. Choć w prawdzie to nie wina samej sterylizacji, a naszego systemu życia a raczej braku chęci do działania.

Prawdę powiedziawszy sterylizacja jest inwestycją w dłuższe i szczęśliwsze życie psa. Choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy lub nie chcemy. Decydując się prędko na zabieg ograniczamy do minimum ryzyko wystąpienia nowotworów listwy mlecznej suki oraz ograniczamy całkowicie ryzyko ropomacicza, które są zagrożeniem życia dla naszych psów. Po mimo tego, iż od lat w kółko i wciąż mówi się o tym oraz podkreśla wagę problemu do dziś znajdują się osoby całkowicie przeciwne zabiegowi, lub bez zdania mówiące, że "nie bo nie". Zdaję sobie sprawę, że dla miłośników psów po raz enty czytanie o wadze akcji jest nudnawe, niemniej jednak dzisiejsze słowa wynikają z frustrującej dyskusji z opiekunką psa i suki mieszkających razem oraz kotki blokowanej hormonalnie. W momencie kiedy słyszę takie słowa zaczyna we mnie wrzeć, podczas gdy wiem że irytacja nic dobrego nie przyniesie. W związku z tym muszę wykrzesać z siebie resztki dobrej woli i uprzejmości by jak najspokojniej wytłumaczyć wagę sprawy. Jednak jak zachować spokój słysząc, o tym że lepiej podać hormony niż otwierać jamę brzuszną? Lepiej raz wykonać zabieg i mieć spokój do końca psiego życia, czy podawać zastrzyki w oczekiwaniu na?? no właśnie na co? Każdy właściciel powinien sobie sam odpowiedzieć na czym mu zależy i dokąd ma zmierzać jego życie z psem.

sobota, 8 czerwca 2013

Obłudny człowiek i dzika natura

Myśli do poukładania jest całe mnóstwo, tylko czasu brak by je spisać. Większość ciekawych pomysłów, tematów wpada mi do głowy podczas przechadzek z chocolatą, kiedy my same dwie dla siebie idziemy na przód w towarzystwie zieleni natury myśli się zbierają. Problem polega na tym, iż gotowy poukładany tekst tak jak i najciekawsze stwierdzenia ulatniają się nim dobrnę do cywilizacji... Widać natura dobrze działa na nas, a szara rzeczywistość już nie bardzo. No ale do rzeczy. Obiecałam wcześniej tekst o dziczej tematyce, tylko jak zwykle czas uciekł...

Wielokroć spacerując z chocolatą "po wsi" zastanawiam się nad dzikimi zwierzętami. Myślę często o tym jak bardzo my ludzie wprowadzając się do ich życia robimy im krzywdę. Zapewne zdecydowana część Nas mieszka w takich okolicach gdzie pojawiają się dzikie zwierzęta. Zresztą trudno tego uniknąć kiedy domy wędrują co raz głębiej w tereny naturalne, lasy, łąki , pola - zabierając dom zwierzętom. I tak z jednej strony często ludzie wiedząc o tym, że w okolicy mają dziki, sarny itd próbują je dokarmiać bo przecież są głodne. No i to jest początek dziczych kłopotów. Karmiąc zwierzęta wcale nie czynimy dobra, a wręcz przeciwnie krzywdzimy je. Problem tkwi głównie w "wysypiskach" jedzenia w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Jakby się trochę wysilić i rozejrzeć po okolicy to szybko się okazuje, że w miejscach gdzie żyją dzikie zwierzęta rozstawione są karmiki dla nich gdzie osoby upoważnione uzupełniają "jadłodajnie" by zwierzęta miały co jeść w porach kiedy może pożywienia braknąć. A my chcąc zrobić coś dobrego ściągamy na siebie  i inne zwierzęta kłopoty. Proza życia nie raz pokazała, iż dokarmiacze rozrzucają przede wszystkim jedzenie w pobliżu domów ( żeby się przypadkiem nie zmęczyć chodzeniem), a po drugie rozrzucają jedzenie nieodpowiednie dla dzikiej zwierzyny. W ten sposób sarny i dziki przede wszystkim uczą się podchodzić co raz bliżej zabudowy miejskiej, a po drugie przyzwyczajają się do obecności człowieka. Po czasie przestają się bać ludzi, a to nierzadko ściąga na nie kłopoty. Niemalże co roku pojawia się ten sam problem kiedy dzikie zwierzęta spacerują po osiedlach mieszkaniowych, wchodzą na teren miasta kiedy często finałem takiej sytuacji jest ich śmierć. One nie bojąc się nas przychodzą co nas co raz bliżej szukać jedzenia i tym samym bardzo często są ofiarami wypadków komunikacyjnych zupełnie niepotrzebnie. W całej tej sytuacji przykry jest także fakt, iż kiedy już dzikie rodziny pojawiają się zbyt blisko domów to te same osoby które karmiły je najpierw teraz dzwonią po policję i inne służby i proszą by zwierzynę ustrzelić bo im zagraża. A w istocie to my im zagrażamy swoją obecnością , nie one nam. Zwierzęta leśne nie zamierzają zrobić nam krzywdy dopóki ich nie atakujemy. Jednkaże w obliczu zagrożenia, z pewnością będą się broniły. Często ściągając na siebie kłopoty.
W ubiegłe wakacje na osiedlu którym mieszkam każdego dnia pojawiała się locha z warchlakami wędrując na ogródki działkowe by znaleźć sobie kolację. Pierwszym razem gdy uslyszałam tę historię byłam zdumiona gdyż aby dotarły na osiedle musiały przejść w pobliżu ruchliwej ulicy. Jak widać chęć zdobycia pożywienia była silniejsza niż strach. I tak każdego dnia. Nieraz kończyło się to nazwijmy eskortą policji, która sygnałem usiłowala odstraszyć lochę i zapędzić w pola tak by nikomu krzywdy nie zrobiła. Najbardziej smutne w tej historii jest to, iż ludzie którzy wcześniej rozrzucali jedzenie zaczęli wykrzykiwać że lochę należy odstrzelić bo przecież przychodzi na osiedle. Kiedy parę razy wdałam się w dyskusję tłumacząc, iż one mieszkają tu od dawna jeszcze zanim osiedle powstało one tu były, a to my swoimi ambicjami dążącymi do mieszkania w "lesie" i spokoju doprowadzamy do wypędzania ich z ich własnego mieszkania, wielokrotnie spotkałam się z zarzutami że to jest właśność ludzi i one mają się wynosić ....

Jeszcze jeden problem towarzyszący dokarmianiu jest narażanie na niebezpieczeństwo zwierząt domowych. Myślę, że każdy psiarz doskonale zna już mapę "karmicieli". Spacerując po terenach leśnych czy łąkach z czasem poznajemy miejsca strategiczne gdzie rozrzucane jest jedzenie, a raczej miszmasz bo jedzeniem odżywczym dla zwierząt nazwać tego nie można. Wiele naszych czworonożnych towarzyszy już
odchorowało taki sposób dokarmiania.

Zastanawiając się nad tym dłużej nasuwa mi się tylko jeden wniosek "Człowiek to okrutnie obłudny gatunek, z jednej strony karmi zwierzęta po to by zaraz odebrać im życie bo tak mu w tej chwili pasuje".

niedziela, 2 czerwca 2013

Zwierzynalia 2013

Mijający weekend był dość ciekawym i ważnym wydarzeniem. Z racji iż przyszedł pierwszy dzień czerwca to i Święto najmłodszych czyli Dzień Dziecka. Grupa wspaniałych ludzi na co dzień zajmująca się pomocą potrzebującym wpadła na rewelacyjny pomysł poświęcenia tego dnia nie tylko dzieciom ale i czworonogom. I tak też 1  i 2 Czerwiec to dni I Ogólnopolskiego Zjazdu Mądrych i Odpowiedzialnych Miłośników Zwierząt "Zwierzynalia". Impreza była głównie poświęcona zwiększaniu świadomości społeczeństwa oraz propagowaniu świadomego posiadania zwierząt.
Podczas pokazów wiele czasu poświęcono na wskazanie jak wiele dobrego niesie obecność czworonogów w życiu ludzi. Organizatorzy przybliżyli ile pracy wykonują każdego dnia poświęcając się dla człowieka. Przechadzając się po Parku głównie rzucały się w oczy Nowofundlandy i Retrievery, które brylują jako psy pracujące. Na głównej scenie przez cały dzień prezentowane były zalety psich towarzyszy. Oprócz członków WOPRu , Fundacji S.O.S dla Zwierząt , Schroniska oraz pracowników przedszkola na terenie Parku można było skorzystać z pomocy i wiedzy behawiorystów, leśników, lekarzy weterynarii. Było też miejsce poświęcone najmłodszym gdzie dzieci mogły rozwijać swoje umiejętności plastyczne.
Wiele mówimy o tym jak dużo dobrego zwierzęta niosą ludziom ratując im życie, ale zbyt często zapominamy o tym jak należy pomoc nieść zwierzętom. W mediach sporo mówi się o zasadach udzielania pierwszej pomocy ludziom, o tym że naszym obowiązkiem jest reagować w nagłej sytuacji, nie być obojętnym. Niestety odwracając sytuację, zbyt często kiedy krzywda dzieje się naszym braciom mniejszym rozkładamy ręce i nei wiemy co robić. Paradoksalnie nie wiemy jak udzielić pierwszej pomocy zwierzęciu, albo udajemy że nas to nie dotyczy, albo rozkładamy ręce bo to tylko zwierzę. Podczas gdy jesteśmy zobowiązani odpłacać zwierzętom za to co one robią dla nas. Psy ratownicze każdego dnia ryzykują swoje własne życie by ratować życie człowieka. Jednakże w sytuacji kiedy one ulegną wypadkowi nie bardzo wiemy jak im pomóc .... W związku z tym podczas pierwszego dnia Zwierzynalii przez cały dzień można było skorzystać z kursu pierwszej pomocy zwierzętom. Lekarze Weterynarii z Bielskiego Gabinetu przywieźli ze sobą psi fantom, który służy do nauki pierwszej pomocy( W Polsce do tej pory tylko w dwóch ośrodkach są takie fantomy).
 Lekarz Weterynarii Ziemowit Kudła na scenie głównej wraz ze swoim zespołem opowiadał o zasadach udzielania pierwszej pomocy i udzielał wskazówek jakich błędów nie popełniać. W tym samym czasie podstawowe elementy pierwszej pomocy były prezentowane na fantomie oraz psach uczestniczących w kursie.
Ogromnym zaskoczeniem było zainteresowanie uczestników Zwierzynalii pierwszą pomocą. W zasadzie przez cały dzień pojawiali się chętni do spróbowania reanimacji i resuscytacji na fantomie.
Mam nadzieję, że takich inicjatyw będzie co raz więcej! Z chęcią weźmiemy udział w kolejnych!

Szczegóły wydarzenia : Zwierzynalia

Więcej zdjęć można znaleźć tutaj :